powrót do bloga

rss wpisy: 4 komentarze: 0

Utworzono: 2016-04-08

Raz... dwa... trzy...

  Ach te letnie poranki, kiedy nie trzeba już wstawać do szkoły a słońce wysoko. W pidżamce po podwórku, gołymi stópkami po porannej rosie tuptać beztrosko aż do zachodu słońca. Pamiętam jak dziś stracone dni, w które nie można było wyjść przez deszczową pogodę. Oczywiste było, że znaleźliśmy sposób, by pobiegać po burzowych kałużach , kłopotem natomiast stawał się katar nieodpowiedzialności. Ale czym było by nasze dzieciństwo, gdybyśmy nie mogli robić wszystkiego na własnym podwórku?

 

Raz, Dwa, Trzy... baba Jaga patrzy ! – słychać było krzyki z podwórka u Babci Czesi na całą wieś- przeplatane z pianiem koguta i szczekaniem Atosa, który chciał razem z nami fikać koziołki. Niestety, on nie potrafił zatrzymać sie w czasie gdy robiliśmy szalone pozycje, ani nie rozumiał ile kroczków trzeba zrobić by gąska dotarła do domu :) każdy dzień wyglądał inaczej. Długie godziny spędzaliśmy w piaskownicy robiąc ciasteczka, gliniane babeczki, gołąbki zawijane w liście winogron. A nawet zupy potrafiliśmy ugotować z kwiatuszków wiśni czy też jabłoni. Obserwując co nasi rodzice robią latem, z dziewczynkami z podwórka udało nam się zrobić wino jabłkowe :)  Często odwiedzaliśmy się, jeździliśmy rowerami, śpiewaliśmy piosenki „Dody” i odgrywaliśmy scenki z bajek. Najzabawniejsza była o czerwonym kapturku, gdyż mieliśmy blisko las i zawsze baliśmy się że zza krzaczka wyskoczy prawdziwy wilk. W ganku Babcia pozwoliła nam zrobić gabinet lekarski i tym sposobem nasza szmaciana Zosia zmieniła kolor a wszystko za sprawa zastrzyków jakie otrzymała z wody zakolorowanej bibółą :)  Na polu u sąsiada zrobiliśmy wielką wyskocznię i w ten sposób mogliśmy rywalizować ze sobą – kto wyżej skoczy. Nie było chwili w której by nas odwiedziła nuda. Któregoś dnia z siostrą odkryłyśmy że trawa maluje, tylko wujek był trochę zły bo kępkami trawy porysowałyśmy całe ściany domu i musiał malować na nowo. A drzewa ? taaaak, to moja największa zmora dzieciństwa. Zawsze najodważniejsza wchodziłam najwyżej. Jedno było nawet takie z którego nie potrafiłam zejść dopóki mamusia nie przyszła z drabinką. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Najbardziej niezapomniane chwile to te w których przychodziły żniwa... Tamtego roku miałam około 6 lat. Nie pamiętam dokładnie swojego dziadzia, bo tego roku zmarł, ale dokładnie pamiętam ostatnie wakacje spędzone w jego towarzystwie. Całą rodziną wybieraliśmy się w pole, wpierw dopilnować kombajn, który kosił zboże i dawał nam ziarna na pyszny świeżutki chlebek, trochę później zabieraliśmy się za zbieranie ziemniaków. Na koniec dnia zawsze biegliśmy do budy, która stała na podwórku i mieściła w sobie wielkie coś zwane „parnik”. Dziadzio przygotowywał tam jedzonko dla naszych zwierzątek podwórkowych. Parowanie ziemniaków zajmowało mu sporo czasu dlatego siadaliśmy na ławeczce cierpliwie czekając na najlepsze. A najsmaczniejsze były jak wiadomo : świeżutkie, gorące, lekko posmarowane rozpuszczającym się masełkiem i osolone ziemniaczki. Jedliśmy je jak świeże bułeczki. Zapach rozchodził się po całej wsi. Wszystkie dzieci przybiegały do nas na najsmaczniejszą kolację. Dziś wiem, że to właśnie zapach parowanych ziemniaków przez dziadzia jest zapachem mojego dzieciństwa. Jestem mamą kilku miesięcznego bobaska, codziennie przygotowuję coś do jedzenia, czasami obieram ziemniaki i je po prostu gotuję… próba odtworzenia smaku i zapachu po raz kolejny się nie powiodła… a to znak że to co było, już nie wróci. Patrzę jak moje dziecko rośnie i poznaje świat, jestem dumna i będę szczęśliwa, gdy moje dziecko będzie miało podobne dzieciństwo pełne radości, wolności i miłości.

Komentarze

Jeśli chcesz dodać komentarz musisz się zalogować.

zwariowana zakręcona :)
Czerwiec 2017
PN WT ŚR CZ PT SO ND
      01 02 03 04
05 06 07 08 09 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Czy szczepienia dzieci powinny być obowiązkowe?



Zobacz wyniki ankiety, skomentuj